O szkodliwości rzekomego prawa do bluźnierstwa, czyli dlaczego warto chronić uczucia religijne w systemie prawnym.

O szkodliwości rzekomego prawa do bluźnierstwa, czyli dlaczego warto chronić uczucia religijne w systemie prawnym.

Mogłoby się wydawać, że współczesna kultura bardzo ceni sobie wrażliwość na innych ludzi, wszak często to artyści wielu różnych sztuk byli tymi, którzy stawali w obronie krzywdzonych przez reżimy lub dyskryminowanych za swoje poglądy. Szczycimy się, że u progu XXI wieku wreszcie następuje moment oczywistego dla wszystkich prymatu szacunku nad pogardą czy nienawiścią. Złowrogi wpływ tych postaw był aż nadto widoczny w totalitaryzmach XX wieku, takich jak komunizm czy faszyzm. Dlatego nie jest przypadkiem, że fundamentem wszelkich praw człowieka jest uznanie jego niezbywalnej godności, a więc przekonanie, że człowiek nigdy nie powinien być traktowany jako środek do celu, ale zawsze jako cel.

Kultura i sztuka odegrały w tym procesie ważną rolę, pobudzając świadomość ludzi i rozwijając inspiracje obecnie we wszystkich niemal religiach świata. Dzięki sztuce, od czasów „Antygony”, sublimowały się nie tylko gusta, ale nade wszystko budowała wrażliwość na dylematy, problemy, niesprawiedliwość. A choć często narzędziem dopominania się o sprawiedliwość było prowokowanie, to jednak nigdy nie było ono – w kręgu autentycznej kultury – celem samym w sobie, sztuką dla sztuki, ale ze względu na wartości. W prowokacji artystycznej nie chodziło do tej pory o popisywanie się kto bardziej przekroczy tabu, przebije drugiego w śmiałości zrywania z konwenansami, ale o łacińskie pro-vocare, wezwanie do czegoś dobrego. W tym klasycznym sensie prowokacja to stymulowanie troski o dobro, pobudzanie wzajemne, nie zaś poniżanie czy lekceważenie okazywane w sposób ostentacyjny. Bluźnić to bowiem mówić źle o czymś dobrym, a więc zakłamywać rzeczywistość, przeinaczać porządek semantyczny.

Gdy wiec z ust artysty pada wezwanie do tego, aby sztuka mogła obrażać i przyjmować formy bluźniercze, musi to wywołać zaskoczenie. Projekt „ordo blasfemia” realizowany przez p. Adama Darskiego „Nergala” domaga się usankcjonowania swoistego prawa do bluźnierstwa, a więc zgody na to, aby w imię wolności słowa można było bezkarnie obrażać innych i ośmieszać, kwestionować to, co ludzie różnych poglądów i religii uważają za „święte”. Widać w tym postulacie nie tyle chęć obrony zakresu wolności twórcy, który – jak to przecież było w przypadku Nergala – ma możliwość twórczej ekspresji (skoro realizował swoje poczynania, nie było uprzedzającej cenzury), ale domaganie się bezkarności za działania wymierzone w dobra innych osób, poniżające te osoby i ich poglądy. Zależy Mu więc na tym, aby prawo pozwalało z rozmysłem wyrządzać szkodę drugiemu człowiekowi. Niewątpliwie, gdyby to stało się faktem, co postuluje p. Adam Darski, byłoby cofnięciem się kulturowym i cywilizacyjnym co najmniej o kilkaset lat.

Taki „wsteczny bieg” wrzucony w samochód o nazwie społeczeństwo, który rozpędza się coraz bardziej w szacunku dla innych, to pomysł z wielu powodów niebezpieczny. Historia pokazuje, że bywał często pierwszym krokiem w systemach autorytarnych (w faszystowskich Niemczech czy komunistycznej Rosji) pozwalającym na ataki na grupy określane jako niewygodne ze względu na swoją rasę czy religię. Niezgoda na takie obrażanie to bezpiecznik pokoju społecznego i troska o właściwe ramy dyskusji, w których liczyć się powinny argumenty, a nie możliwość emocjonalnego jadu i agresji w stosunku do tego, co inni uważają za ważne dla swej tożsamości religijnej, narodowej, społecznej.

Podobnie jak nie ma prawa do kradzieży, tak nie może być mowy o prawie do bluźnierstwa, gdyż prawo definiuje się przez odniesienie do dobra. Bluźnierstwo zaś, które chce uczynić prawem p. Darski, to forma agresji wyrażana przez sztukę: a więc to w gruncie rzeczy próba instrumentalizacji samej sztuki! Czy ona nie jest w stanie wyrazić siebie inaczej niż tylko przez złość i nakręcanie spirali zła, nienawiści? Może to nie jest więc sztuka, ale jej nieudany rewers? Niczym odcisk pieczęci, którą trudno przeczytać, bo się źle odcisnęła… Może więc warto obronić sztukę przed szkodliwym dla niej samej projektem „ordo blasfemia”?

Warto jednak przede wszystkim przypomnieć w tym sporze kilka spraw:

  • Ochrona uczuć religijnych nie jest ukłonem czy przywilejem udzielonym ludziom religijnym, których chroni się w ten sposób przed wojującymi ateistami; sam Bóg, w którego wierzą osoby religijne, nie potrzebuje ochrony ludzkiego prawa, ale w niezgodzie kulturowej na bluźnierstwo, jaka funkcjonuje przez długi czas w prawie, chodzi o zakaz poniżania innych ludzi przez ośmieszanie ich świętości, wywoływanie napięć społecznych, podziałów, które antagonizują i kreują praktyki dyskryminujące innych. To jak kula śnieżna: zaczyna się od wizerunków ośmieszających innych, niszczenia świętych ksiąg, a kończy niestety na czynach wymierzonych już w ludzi. Krótkowzroczność artystów nie usprawiedliwia ich odpowiedzialności za to, do czego  de facto nawołują.
  • Wolność słowa nie jest najważniejszą w hierarchii wolności: dlatego nie jest wymieniana w dokumentach z zakresu praw człowieka na pierwszym miejscu (warto przywołać tu wyjaśnienia prof. T. Jasudowicza, zamieszczone w „Akademii Wolności - https://www.youtube.com/watch?v=QNG6ufNNbWo).
  • Uczucia religijne, o których mowa w polskim prawie, to nie kwestia estetyki czy ochrona dobrego samopoczucia kogokolwiek, ale ochrona prawa innych osób do posiadania własnych poglądów i szacunku dla odmienności (wszak przepis nie dotyczy tylko ateistów, ale i szacunku ludzi różnych religii do siebie nawzajem). Być może należałoby zastanowić się nad zmianą terminu „uczucia religijne”, które w przekazie medialnym sugeruje coś efemerycznego, subiektywnego, na rzecz sformułowania, które lepiej odda sens tego zapisu. Niemniej zawsze najważniejsze jest wniknięcie w sens zapisu, a nie manipulowanie jego znaczeniem.
  • W ochronie uczuć religijnych nie chodzi o to, że nie można krytycznie wypowiadać się o jakiejkolwiek religii, ale o prymat szacunku dla każdego człowieka i jego przekonań. Celem nie jest usankcjonowanie jednego kanonu wrażliwości, subiektywnego poczucia czy odbioru, ale o obiektywne postępowanie, którego celem jest atak (słowny, obrazem, działaniem artystycznym również) na poglądy drugiego połączony w ten sposób z poniżaniem i traktowaniem uwłaczającym godności człowieka. Poniżanie symboli innych, z którymi się ktoś nie zgadza, było praktyką barbarzyńską, obliczoną na eksterminacje tych ludzi, o czym świadczy niedawna historia w samej Europie.

Wszystko w świecie ma pewien cel, a człowiek podejmując działania kieruje się ku czemuś. Sztuka także ma swój cel, a tym jest rozwój tkwiących w człowieku możliwości, uzdalnianie do przekraczania tego, co ogranicza w tym, co autentycznie ludzkie i wartościowe. Jeśli jednak stanie się bronią w służbie propagandy lub ideologii, to jak pokazuje historia takich przedsięwzięć, szybko traci swój sens i prestiż. Domaganie się zgody społecznej i prawnej na to, aby sztuka bezkarnie mogła dokuczać innym ludziom może się głęboko odbić na wartości samej sztuki. Warto o tym pamiętać.

 

Dr Agnieszka Brzezińska

  
Zapraszamy do komentowanie tego wpisu na naszym profilu na Facebooku:

Data: 29 czerwca 2021
Sfinansowano ze środków Funduszu Sprawiedliwości, którego dysponentem jest Minister Sprawiedliwości
www.funduszsprawiedliwosci.gov.pl/
Fundacja Pro Futuro Theologiae
ul. Gagarina 37/8, 87-100 Toruń
Zapisz się do newslettera
Uniwersytet Mikołaja Kopernika
Fundacja Pro Futuro Theologiae
ul. Gagarina 37/8, 87-100 Toruń
Zapisz się do newslettera
Skip to content